piątek, 8 lipca 2016

Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś”

Są takie książki, po odłożeniu których masz ochotę wstać, wyjść z domu i z marszu zmienić coś w swoim życiu. Ukradkiem ocierając łzę wzruszenia, z uśmiechem przepełnionym sympatią do bohaterów myślisz o tym, że mieli rację, trzeba żyć pełną piersią. Zaczynasz zastanawiać się nad najgłębiej skrywanymi marzeniami i już snujesz wizję siebie spełniającego je.

Właśnie taką książką jest „Zanim się pojawiłeś”. Pokazuje proste, ale często zapominane prawdy i skłania do autorefleksji. Okraszona sporą dawką humoru historia od pierwszych stron zdobywa nasze serce.

I za nic nie mogę pojąć, jak możesz być zadowolona z takiego małego życia. Życia, które nie sięga dalej niż pięć mil od twojego domu, w którym nie ma nikogo, kto kiedykolwiek cię zaskoczy albo sprowokuje, albo pokaże ci coś, od czego zakręci ci się w głowie i nie będziesz mogła zasnąć w nocy.

Lou jest roztrzepana i gadatliwa. Uważa, że odnalazła już swoje miejsce na świecie i jedyne, na co czeka to „Wyjdziesz za mnie?” od swojego chłopaka. Kiedy traci pracę w kawiarni, mając na uwadze ciężką sytuację finansową w swoim domu, przyjmuje posadę pomocy mężczyźnie przykutemu do wózka. W ten sposób trafia do domu Willa, który nigdy nie sądził, że tak będzie wyglądało jego życie. Pomimo wyraźnej antypatii między parą, zmuszeni do przebywania ze sobą, próbują znaleźć wspólny język.

Jak się domyślacie takie zderzenie różnych charakterów i światów sprawia, że Lou i Will całkiem inaczej spojrzą na siebie samych, a w ich relacji nie będzie brakowało sporów.



„Zanim się pojawiłeś” to książka niezaprzeczalnie wyjątkowa. Autorka stworzyła barwne postaci, z całą ich gamą dziwactw, które ciężko jest nie polubić. Ich urocze docinki nie raz wywołały u mnie wybuchy śmiechu. Warto również wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, z których każdy był z „krwi i kości”, miał własny charakter i w jakiś sposób się wyróżniał.

Mimo, że rozwój wydarzeń jakoś specjalnie nie zaskakuje, to i tak losy Lou i Willa śledzi się z zapartym tchem. Lekki język sprawia, że nawet nie zauważamy, kiedy mija czas spędzony przy lekturze.


-Daj spokój, tak jakby nigdy nie widzieli dziewczyny, która obgryza facetowi kołnierzyk.
(...)
Wygładziłam sukienkę.
-W każdym razie- dodałam- powinniśmy oboje być wdzięczni, że to nie była metka od spodni.

„Zanim się pojawiłeś” porusza trudne tematy, bawi, wzrusza, łamie schematy… Ale mnie najbardziej ujął fakt, że jest skutecznym motywatorem. Przypomina, że każdy z nas odpowiada za to, jak wygląda jego życie i to od nas zależy, czy jesteśmy szczęśliwi.

Takie książki lubię. Pozytywne, porażająco prawdziwe i pozostawiające czytelnika w zadumie. Trzeba być dobrym, żeby napisać smutną historię tak, żeby wywoływała uśmiech. Przez łzy, ale wciąż. 9/10
 


Jeszcze tylko wspomnę, że jeżeli planujecie przeczytać książkę to nie radzę Wam wcześniej oglądać zwiastuna filmu. Zdradza połowę fabuły.

6 komentarzy:

  1. Tak wiele dobrego na temat, i książki, i filmu słyszałam, a mimo to, tak ciężko mi się zabrać za jedno i za drugie. Coś mnie odpycha w tej pozycji. Niestety..
    Zapraszam, http://cosmo-books.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Również pisałam recenzje książki. I jako film i jako książkę uwielbiam. Bardzo ciekawa recenzja. Pozdrawiam Kinga
    kingadomanska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam ksiązke i film oglądałam w kinie! przecudowny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Koniecznie muszę przeczytać książkę, jednak film mam już za sobą. Żałuję tylko, że najpierw nie przeczytałam powieści, ale film uważam za naprawdę przecudowny. <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Muszę koniecznie przeczytać ,a recenzja super. :) <3

    OdpowiedzUsuń